



Uwaga!
Więcej informacji na temat
wyprawy znajdziesz po zalogowaniu się!
wędkarstwo wędkarstwo |

No i stało się, w roku 2007 pojechaliśmy (i popłynęliśmy) na archipelag Lofotów, miejsce niemal magiczne - magiczne nie tylko dla nas, ale także chyba dla każdego wędkarza.
Namiary na miejsce naszego pobytu uzyskaliśmy od znajomych, którzy jeżdżą tam od lat i bardzo sobie je chwalą. Sildpollnes Sjocamp bo tak nazywa się to miejsce, jest zespołem domków przygotowanych specjalnie na wizyty wędkarzy.
Usytuowane one są w zabudowie szeregowej na specjalnie wybudowanym nabrzeżu, nad samym brzegiem morza, do dyspozycji gości jest kilka "mini - mieszkanek" z kompletnym wyposażeniem i zapleczem socjalnym (TV, kuchnia, zmywarka, centralne odkurzanie itp.). Nie zapomniano także o miejscu do sprawiania złowionych ryb oraz ich zamrażania, które znajduje się w osobnym pomieszczeniu zamkniętym.
Wyjazd następuje 7 maja 2007 roku, zamierzamy jechać do Świnoujścia i tam przeprawić się przez Bałtyk, tym razem przetestujemy nowe dla nas linie promowe... niestety pomimo wcześniejszej rezerwacji nie wpuszczono nas na prom, a to dlatego, że liczy się nie rzeczywista wielkość samochodu a wpis w dowodzie rejestracyjnym dotyczący tego czy pojazd jest ciężarowy, czy osobowy... to dla nas nowość, przyzwyczajeni jesteśmy do dość swobodnego podejścia niemiecko - duńskich linii promowych. Każą nam jechać na wjazd dla TIR-ów i tam płacić za metry sześcienne (co związane jest z finansową masakrą). Na szczęście była tylko rezerwacja bez opłat (tutaj nauczka na przyszłość - gdy nie jest to konieczne nie opłacać). Nie było innego wyjścia jak obrać kierunek północno - zachodni na Sasnitz, tutaj liczy się rzeczywista wielkość pojazdu i do tego jest taniej (no i jest ten świetnie zaopatrzony sklep bezcłowy...).
No to jedziemy, jak zwykle Trelleborg i dalej na północ, tylko, że tym razem kierunek Sztokholm. Powiem tylko tyle, że pomimo dobrej jakości szwedzkich i norweskich dróg 2500 km na kołach to jest pewne wyzwanie, a przede wszystkim wielka przygoda. Szczególnie, że ostatnie kilkaset kilometrów to najbardziej wysunięte na północ okolice Szwecji, czyli stada reniferów, łosie wielkości kombajnu i wszelakie inne stworzenia, jednym słowem wielkie północne zoo. Prędkość przelotowa to około 70 - 80 km/h. Po drodze postój obowiązkowy! Przekraczamy północne koło podbiegunowe, dostajemy stosowne certyfikaty przygotowane przez Darka, jest już cały czas jasno, a my jedziemy i jedziemy.
Nareszcie jesteśmy na miejscu!
Rozpakowywanie i... miejsca trochę mało... to znaczy do spania i codziennej krzątaniny spokojnie wystarczy, ale wieczorne spotkania przy pełnym stole, trochę ciasno.
Myślę, że Bakkan Wahl (wyprawy z roku 2005 i 2006) nas trochę rozpieścił pod tym względem. Po rozpakowaniu, pospieszne przygotowanie sprzętu i na wodę! Ale przedtem zjedliśmy wspaniały gorący żurek przygotowany przez Mirka. Łodzie jakie ma do dyspozycji gospodarz są solidne i wyposażone w porządne silniki, niestety nie mają echosondy. Ale nie ma co narzekać.
Głębokości różne ale 70 metrów to raczej maks. Opuszczam pilkera i zaczynam szukać na dnie, dwa może trzy pociągnięcia i coś jest ale malutkie i na szczęście samo się spina.
Pilker znowu na dno, chwila pracy i jest dorszyk pięć i pół kilograma, jesteśmy na Lofotach! W tym dniu wszyscy osiągaliśmy podobne wyniki.
Później bywało różnie przeważały dorsze, czarniaki, plamiaki i rdzawce, trafiały się też zębacze.
Największą rybę tegorocznej wyprawy złowił Krzysiek - dorsz 14 kilogramów, tym samym pokonał mój rekord z roku 2006 o półtora kilograma. Ale niedoczekanie jego! W tym roku mu dam popalić! Najwięcej ryb złowił Marian, ale pamiętajmy, że żaden z nas nie jest "mięsiarzem" i maluchy wędrują z powrotem do wody.
Niektórzy z moich kolegów łowili młotki z samego dna... tak, tak zwykłe budowlane młotki. Nie powiem kto takie cuda łowił, bo trochę wstyd, ale Darek nie chciał powiedzieć na co brały :).
Niestety, nie trafiliśmy z terminem. Znowu życie pokazało, że Norwegii trzeba uczyć się cały czas. Opiekun domków mówił, że gdybyśmy byli miesiąc wcześniej to co innego... Ale i tak nic nie jest w stanie opisać piękna Lofotów i tutejszej przyrody. Szybujące i siedzące na przybrzeżnych skałach orły widywaliśmy codziennie, a piękne ośnieżone szczyty i turkusowa krystalicznie czysta woda na zawsze zostaną w naszej pamięci. W pamięci na pewno zapisze się na trwałe także cudowna kąpiel w gorącej balii. Ale to jest temat na osobne opowiadanie. Szkoda tylko, że sprawy zawodowe zmusiły mnie do opuszczenia grupy przyjaciół o jeden dzień wcześniej, zapewniam wszystkich, że jeden dzień na Lofotach to bardzo dużo! Ale za to jako jedyny dotychczas w drodze powrotnej pokonałem północne koło podbiegunowe drogą lotniczą! :).
Moi koledzy którzy wracali samochodami, w drodze powrotnej zatrzymali się w Narwiku, aby złożyć kwiaty pod pomnikiem Polskich Żołnierzy walczących o niepodległość Norwegii. Za to duży plus dla nich !
Na koniec ostrzeżenie! O tej porze roku na Lofotach jest cały czas jasno, jest to zgubne. Czas miło mija przy mleku i kefirze, wspominkach wędkarskich oraz wyliczaniu zerwanych metrówek, aż nagle ktoś spogląda na zegarek a to czwarta rano! Potem choć trochę trzeba odespać, a gdzie czas na ryby?
W tegorocznej wyprawie udział wzięli : Marian, Alfred, Darek, Rysiek, Mirek, Krzysiek, Waldek (nowy członek załogi), Piotr, Robert, no i moja skromna osoba czyli Marcin.
Przed nami rok 2008 i piąta jubileuszowa wyprawa do Norwegii - Aldersund, zapowiada się co najmniej nieźle, ale o tym nieco później.
Z wędkarskim pozdrowieniem - Marcin (umieścił na stronie - Robert).
|